-Alex Johnes. Lat piętnaście. Uciekł z sierocińca, jest bardzo inteligentny jak na swój wiek. Swoją inteligencją przegania starszych agentów.. - czytał gruby mężczyzna z worami pod oczami i nałożonymi okularami na czubek szpiczastego nosa - myślę ze poradziłby sobie w misji. Ba! Nawet by nią kierował!
- Dziękuję za informacje kochany Stuardzie. Czy moglibyście go tu przyprowadzić? Wolałbym usłyszeć te informacje bezpośrednio z ust Alexa - powiedział ubrany w czarny garnitur, wyraźnie starszy mężczyzna. Jego wygląd zostawał na długo w pamięci.
* * * * * * *
- Szef chce Cię widzieć. - powiedział już u progu mojego pokoju, wysoki barczysty mężczyzna. Od razu nasuwały mi się pytania "czy cos zrobiłem?", "wyleją mnie?". Na te drugie po części znałem odpowiedź. Nie opłacałoby im się mnie wyrzucić, bo tak wiele razy mnie chwalili, więc chyba jestem dobrym agentem.
- I-Idziemy teraz? - spytałem się ściskając ramę fotela na którym siedziałem. Nie wiedziałem czemu zacząłem się jąkać. Może dlatego, że zależy mi na tej "pracy" i jeśli by mnie wylali to nie miałbym się gdzie podziać. Do sierocińca wracać nie zamierzam.
- Tak. Wstawaj i idziemy - odpowiedział mężczyzna wychodząc z pokoju i nie patrząc nawet czy idę. Wstałem i niepewnie podążyłem za nim. Droga do gabinetu szefa, wiodła przez długi, wąski korytarz wypełniony drzwiami w odstępach mierzących około 2 metry jak nie trzy. Za każdymi z nich mieściły się pokoje do pracy i wypoczynku. W jednym z nich ukazał się karzełkowaty mężczyzna, ubrany w poplamiony kawą t-shirt z napisem "call me babe". Byłaby całkiem spoko gdyby nie to, że w ostatnim wyrazie autor koszulki odstrzelił głupią gafę myląc literki i tak oto powstało nowe słowo. Sam posiadacz tej bluzki nie zauważył rażącego błędu, więc tu punkt wędruje do sprzedawcy. Nasz bohater podrapał się po kwadratowym tyłku i ruszył korytarzem mijając nas.
Następnie moje oczy dla odmiany uchwyciły jasną blondynkę o wydatnych piersiach i kształtnej pupie. Miała na sobie ciemno-granatową spódnicę do kolan z wysokim stanem. Do jej górnej części garderoby należała śnieżnobiała koszula z wcięciami wsunięta w spódnicę i czarna marynarka. Całość dopełniały oczywiście czarne szpilki na (ku mojemu zdziwieniu) niewysokim obcasie. Można by rzec, że jest kobietą-ideałem dla każdego faceta gdyby nie to, że jest lesbijką. Jej dziewczyną jest dobrze nam znana zaufana asystentka szefa - długowłosa brunetka z wąskimi okularami i malinowymi ustami. Gdy zdejmuje okulary aby je przetrzeć, muszę przyznać że jest naprawdę urocza.
Koniec końców, dotarliśmy do drzwi gabinetu. Mężczyzna który mnie prowadził chwycił za klamkę i nacisnął ją otwierając drzwi na oścież. Niepewnie wszedłem do środka. Gdy tylko przekroczyłem próg gabinetu, owiał mnie zapach papierosów i potu. To ostatnie dobiegało z rogu pokoju gdzie siedział otyły mężczyzna z okularami i przetłuszczonymi kruczoczarnymi włosami. Na wprost zaś stało solidne ciemne i lśniące od ciągłego ścierania przez sprzątaczki biurko. Przy nim siedział nie kto inny jak szef. Widać, że jest mężczyzną, który wiele niebezpiecznych misji ma już za sobą i ciężko zapracował na tą posadę. Jest to kawał umięśnionego chłopa z fryzurą ściętą na żołnierza i tak grubymi brwiami, że rzucają cień na oczy nadając im złowrogiego wyglądu. Mimo, że widzę go nie pierwszy raz to i tak serce podskoczyło mi do gardła i stanąłem w półkroku.
- Usiądź - jego głos wyrwał mnie z odrętwienia. Nie była to forma prośby, lecz rozkazu. Posłusznie wykonałem polecenie.
- No więc? Co o sobie powiesz? - spytał wygodnie się rozsiadając w fotelu.
Nie miałem pojęcia co mógłbym "o sobie powiedzieć". No to.. Może konkrety? - No więc.. Nazywam się Alex Johnes.. Nazwisko przejąłem z sierocińca w którym niegdyś mieszkałem.. Myślę, że całkiem dobrze umiem myśleć strategicznie.. I.. - spuściłem wzrok. Nic ciekawszego o sobie powiedzieć raczej nie mogłem.. Moje życie od początku nie było kolorowe. Moja matka zmarła na białaczkę a ja zostałem oddany pod opiekę dziadków. Od początku nie darzyli mnie ciepłym uczuciem, więc postanowili się mnie pozbyć. Znęcali się nade mną, czasem celowo zapominali mnie karmić, aż w końcu wykończony zwróciłem uwagę sąsiadki, a ta zgłosiła sprawę do prokuratury. I takim sposobem zostałem umieszczony w sierocińcu. W samym sierocińcu nie mogłem znaleźć nikogo z kim mógłbym na stałe się zaprzyjaźnić. Moje rozmowy z rówieśnikami ograniczały się do "hej" czy drobnych próśb o cokolwiek. Sierociniec nie był miejscem dla mnie, nie pasowałem tam pod żadnym względem natomiast teraźniejsza praca to inna bajka. Każdy miał coś do roboty, nikt nikomu nie przeszkadzał i nie zatruwał życia.
Zauważyłem, że myślami bardzo odbiegłem od rzeczywistości, bo gdy ponownie przeniosłem wzrok na szefa, on patrzył się na mnie wyczekującym wzrokiem. Odchrząknąłem i pewnie spytałem
- Może lepiej aby zadawał mi pan pytania? - mężczyzna na te słowa uśmiechnął się tajemniczo. Już wiem kogo mógłby mi przypominać. Zwierzę szykujące się do ataku. Które ocenia zdobycz aby po chwili się w nie wgryźć. Idealnie by pasował na niedźwiedzia brunatnego. Uśmiechnąłem się na tę myśl.
- To nie jest przesłuchanie. A jeśli będą to pytania na które nie będziesz chciał odpowiedzieć? - uśmiechnął się przebiegle. Widać było, że się nad czymś intensywnie zastanawiał. W końcu odezwał się.
- No to powiem wprost. - pochylił się w moją stronę, oparł łokcie na blacie biurka i splótł palce - weźmiesz udział w misji. Będziesz kierował jej przebiegiem i dowodził moją ekipą. To nie prośba lecz rozkaz. Wyruszamy dzisiaj wieczorem - przerwał abym miał szansę coś powiedzieć. Po braku odpowiedzi z mojej strony kontynuował - naszym celem jest niemiecki handlarz broni Achim Becker. -odwrócił monitor w moją stronę i pokazał na ekranie wizerunek mężczyzny. Jest to brunet, podobnej postury co szef, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i w porównaniu do szefa, z cienkimi ostro zarysowanymi brwiami skierowanymi w dół. - mamy u niego na pieńku, będzie o wiele lepiej jeśli zaatakujemy go i natychmiast się go pozbędziemy niż on nas znienacka prawda? - rozluźnił palce i chwycił paczkę Marlboro.
- O której zaczyna się..
- Masz pół godziny na przygotowanie się - automatycznie odpowiedział po czym zapalił papierosa. To był dla mnie znak, że powinienem się zwijać. Teraz narodziło się pytanie "przygotować się? Ale jak?". Jakby w odpowiedzi szef odrzekł - w pokoju 56 znajdziesz kogoś kto zdradzi Ci więcej szczegółów. - zaciągnął się dymem tytoniowym uśmiechając się błogo - Radzę ci się pośpieszyć, za mniej niż pół godziny ruszacie. - dodał po czym ja pospiesznie wstałem, rzuciłem krótkie "do widzenia" i wyszedłem. Czułem jak łomocze mi serce w piersi. Wziąłem kilka głębokich wdechów i wydechów i ruszyłem korytarzem w poszukiwaniu pokoju numer 56.